Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bogowie słowiańscy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bogowie słowiańscy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 sierpnia 2020

Żmij – kim lub czym jest?

Żmij – kim lub czym jest?


Żmij – postać rodem z kart literatury fantasy? Wcielone zło z gier fabularnych? Słowiański bóg lub demon? Co o nim wiemy i pod jakimi imionami się ukrywa? Czemu wciąż fascynuje i inspiruje?

Autor: Vasylina

Bóg, gad, a może demon?


Pazurzaste łapy, skóra pokryta łuską, gadzie oczy, a do kompletu – skrzydła. Tak przedstawia się wizerunek Żmija, postaci równocześnie znanej i... nieznanej w polskim folklorze. Skąd takie zamieszanie wokół jego postaci? Przede wszystkim termin „żmij”, od dawna jest już w Polsce nieużywany, a kojarzy się raczej z niewinną żmiją, a nie skrzydlatym stworem. Nazwa ta była jednak w użyciu przed wielu laty i dopiero z czasem zaczęła być utożsamiana z innymi słowem – „smok”. A smoka znamy przecież doskonale. Każde dziecko słyszało o potworze pożerającym z upodobaniem dziewice i mordującym ludzi, a zamieszkującym podziemia Wawelu. A przecież smok wawelski nie jest jedynym smokiem żyjącym w polskich legendach. Jak Żmij przywędrował do legend? Gdzie tkwi ich źródło? Według niektórych teorii Żmij jest jednym z wcieleń boga Welesa, strzegącym bram do zaświatów, według innych przeciwnie – jest jego wrogiem, a jeszcze inne zakładają, że był po prostu groźnym demonem. Informacji o Żmiju warto szukać w ruskich bylinach i polskich legendach, gdzie wbrew pozorom znaleźć można ich całkiem sporo. Być może poznanie ich pozwoli też na wyrobienie sobie opinii o charakterze tej tajemniczej istoty, która z jednej strony postrzegana była jako opiekun wód i zasiewów, a z drugiej -jako śmiertelne zagrożenie. Żmijowi składano ofiary, poświęcano mu rzeki, a równocześnie odczuwano w stosunku do niego ogromny respekt. Według wierzeń ludowych Żmij nie był jednak całkowicie obcy zwykłym ludziom, czego dowodem były poczęte przez niego z ludzkimi kobietami dzieci, obdarzone ponadnaturalnymi zdolnościami i wielką siłą. Ich postacie również znalazły swe miejsce w starych legendach, znanych w różnych regionach słowiańszczyzny.

Fascynacja Żmijem


Dychotomiczna, pełna sprzeczności natura Żmija nieustannie pobudza wyobraźnię artystów, będąc na tyle fascynującą, że wciąż znajduje swe miejsce w literaturze, sztuce i kulturze popularnej. Pasjonatom gier fabularnych kojarzy się tez zapewne z grą Wilkołak: Apokalipsa, choć konotacje tamtejszego Żmija ze słowiańskim są dość trudne do udowodnienia. W każdym razie z pewnością warto zdobyć nieco więcej informacji na temat tej zagadkowej i tajemniczej postaci, która niewątpliwie miała wpływ na ludowe wierzenia, o czym świadczą nie tylko legendy, heraldyka, ale i nazwy wielu polskich miejscowości. Zgłębiając temat dowiedzieć się można w jaki sposób ludzie oddawali Żmijowi cześć, jakie były jego odmiany i jak postrzegano go w poszczególnych rejonach słowiańszczyzny. Bywały bowiem terytoria gdzie w folklorze funkcjonował nie jeden Żmij, ale kilka jego rodzajów, przy czym każdy z nich odpowiedzialny był za inne sprawy! Nie do pogardzenia są także informacje na temat strzeżonego przezeń skarbu i drogi do zdobycia tego wielkiego bogactwa.

wtorek, 10 października 2017

Każdemu z bogów oddamy hołd

Oczywiście nie dosłownie. Jednak czyż zainteresowanie nie jest formą ofiary. O to w tym wszystkim chodzi. Bogowie zamieniają się w nieruchome głazy, gdy tracą zainteresowanie swych wyznawców. I żeby wskrzesić stare idole trzeba nie lada wysiłku. Dziś znów powraca wspomnienie starej wiary. Powracają Bogowie słowiańscy, szturmując nasze umysły. Robią to skutecznie dzięki pasjonatom zajmującym się propagowaniem zapomnianej kultury, organizującej przed wiekami życie ludziom na terenach zwanych Słowiańszczyzną. Co prawda nie jest to łatwe zadanie z uwagi na szczupłość materiałów dowodowych, które zostały zniszczone lub sfałszowane w ciągu wieków. Analiza źródeł, które są dostępne, daje możliwość dotarcia do bóstw naczelnych i stworzenia całego ciągu ewolucyjnego. Te same materiały występujące w różnych kulturach pozwalają znaleźć analogię pomiędzy różnymi systemami wierzeń na przestrzeni czasu i położenia geograficznego. Jednak mimo tych starań ilość zdobywanych faktów jest wciąż za mała do ułożenia w całość układanki, w której wciąż brakuje elementów.

niedziela, 9 lipca 2017

Zapomniana bogini

Jej wspomnienie pozostało w ruskim folklorze jak echo odbijające się od ściany lasu. W wyobrażeniu tamtejszych ludzi była kobietą o dość dużej głowie i rękoma jakby pasującymi jedynie do rozmiarów głowy. Jak można sądzić po przekazach, które dotrwały do czasów współczesnych jej umiejętności pochodziły z czasów, kiedy ludzie osiedli i zaczęli uprawiać ziemię i hodować zwierzęta. Patronowała bowiem uprawie oraz przetwarzaniu lnu i strzyżeniu owiec. Obie specjalizacje były pokrewne i służyły tkaczom. Jak każdemu bóstwu składano ofiary. Jej najmilsze były kłaki wełniane i pęki lnu.
Bogini, o której mowa to Mokosz. Jaki był jej początek? Trudno stwierdzić na podstawie informacji, jakie dotarły do dziś. Naukowcy odkrywają prawdę na podstawie śladów tak nikłych, że nawet najsprytniejszy detektyw miałby z nimi kłopot.


Powieść minionych lat jest największą skarbnicą wiedzy o zapomnianej bogini. Choć i ona nie jest wolna od wad. Jej przekaz często niejasny i zagmatwany. Mętny do tego stopnia, że doprowadzał naukowców do dziwnych wniosków, jak ten o patronowanie onanii. Jak do tego doszli, któż zgadnie. Dobrze, że nie brakuje rozsądnych umysłów umiejących zatrzymać zapaleńców w tworzeniu szalonych idei.

czwartek, 16 marca 2017

Jarowit, młodzieniaszek na białym koniu

Młodość musi dać upust energii. Musi się wyszaleć, by na starość miała co wspominać. Tak było zawsze. Za czasów słowiańskich był od tego nawet bóg. Bóg młodości i wojaczki. Młodość gotowała się w nim jak w garze pełnym ukropu. Nazywano go różnie. Raz Jaryło, innym razem Jarowit, Jaryło albo Jaruna. Młody bóg znany był w wielu okolicach i prawie wszystkie kraje i ich książęta składały mu hołd i nosiły dary. Od wschodu, do zachodu. I z północy na południe. Jak wielu bogów w panteonie słowiańskim Jarowita obarczono wieloma obowiązkami. Posiadał wiele funkcji i atrybutów boskości, jako narzędzia jego władzy.

Władcy wojowali, ludy wędrowały, a z nimi wędrowały bóstwa i demony lokalne. Miejscowe zwyczaje mieszały się z wierzeniami przybyszów. W wyniku melanżu mity ewoluowały. Starzy bogowie dostawali nowe funkcje i tworzyli się nowi bohaterowie. Czasem z legend. Innym razem z opowieści o bohaterach powtarzanych z ust do ust. Wierzenia krzepły przez wieki i nabierały co i raz nowych wyrazów.
Ciekawa jest etymologia nazwania boga. Ciekawa i zarazem jednoznaczna. W rdzeniu staro-indoeuropejskiego – yeh₁ro stało się określeniem najładniejszej, najmilszej sercu każdego człowieka, pory roku. Kiedy wszystko budzi się do aktywności i wyłazi spod ziemi nieokiełznanym strumieniem. Niepowstrzymanym potokiem zieleni i innych kolorów zaplątanych pomiędzy pączkami i kwieciem świeżym. Innym określeniem deszyfrującym imię boga jest drugi człon wit. Wit znaczyło wielmoża. Bogaty w dostatki i talenty. Pan całą gębą. Młody więc trochę zarozumiały. Z tupetem jak taran oblężniczy. Młodość i bogactwo.
Najwięcej do czasów nam współczesnych dotrwało o Jarowicie w księgach i kronikach średniowiecznych pisanych przez misjonarzy z importu. Byli to oświeceni Niemcy. Wykształceni, światli, lecz zindoktrynowani przez wiarę. Szerzący chrześcijański marketing na lewo i prawo. Niemniej byli bardzo skrupulatni i prowadzili zapiski z natury. Odrębnym źródłem informacji stały się zapiski etnografów z przełomu osiemnastego i dziewiętnastego wieku. Oni to, na terenach obecnej Białorusi i Ukrainy prowadzili badania pośród lokalnej ludności. Zbierali informacje o lokalnych zwyczajach i słuchali echa dobiegającego z opowieści. Pamięć o starych bogach była wciąż żywa. Jarowit przewijał się w opowieściach dość często.
Biały koń był jego atrybutem. Za zbroję służyła mu złota, olbrzymia tarcza. Co najciekawsze przedstawiany był Jarowit na swym rumaku w białych szatach, lecz na boso. Ciekawym szczegółem w jego wizerunku jest, trzymana w ręku wiązka zboża.

sobota, 21 stycznia 2017

Zmarznięta bogini

Bogowie związani z porami roku i kosmosem byli niezwykle ważni. Wiedli prym nie tylko w słowiańskim panteonie wielkich. Zmiany pór roku były dla ludzi, którzy osiedli na połaciach ziemi uprawnej wydzieranej pradawnej, odwiecznej puszcz, kluczowymi wydarzeniami w rolniczym kalendarzu. W związku ze zmianą stylu życia, który pod nazwą rewolucji neolitycznej zagościł w zwyczajach społecznych, bogowie i ich świta podlegała ciągłemu procesowi ewolucyjnemu. W miarę jak ludzie odkrywali uroki nowego życia i pułapki na drodze do sukcesu kultury agrarnej, nadawali swoim bogom właściwe kompetencje i uprawnienia. Jedna z głównych postaci w mitologii Słowian była Marzanna. Najlepiej udokumentowana w wierzeniach polskich, słowackich i czeskich. Jej pochodzenie wiąże się z kultem pradawnej bogini, matki wszystkiego. Rodzicielki ziemi, bogów i ludzi. W naszych rodzimych wierzeniach i folklorze obecna jest do dziś. Obrzędy na jej cześć odbywają się do na przełomie zimy i przedwiośnia. Część mitu zostało zaadaptowane na cele kultu maryjnego.

To, co z Marzanny pozostało w folklorze, przedstawia ją jako boginie zimy, a nie jest to do końca prawdziwe. Kiedyś była panią życia i śmierci. W słowiańskim słowniku występowała pod wieloma imionami: Morena, Marzana, Mařena, Marena Mamuriena, Mara, Mařoska, Marinka, Morana i Mora.
Etymologia nie wyjaśnia jednoznacznie znaczenia imienia. Rdzeń mor- kojarzy się jednoznacznie ze śmiercią. Druga możliwość to odniesienie do morza, którego ślad w tej formie tkwi w wielu językach wyrosłych z indoeuropejskiego jądra. Jak je pogodzić? W wierzeniach słowiańskich kraina umarłych leży za wielką wodą i nazywa się Nawia. Trzecim tropem jest podobieństwo Marzanny do Marsa. Boga Rzymian. Na początku boga rolników. Zadziwia droga przebyta przez latyńskiego bożka od poplecznika rolników do wizerunku zajadłego wojownika. Marzanna porównywana jest też do bogini Ceres. Z racji płci bardziej pasuje do wizerunku tej bogini, choć profesja i atrybuty pozwalają łączyć ja z męska odmiana wierzeń.


Kukła Marzanny wykonana jest ze słomy, czyli materiału związanego z rolnictwem i urodzajem. Słoma jako pozostałość po obfitych zbiorach była materiałem symbolicznych i chętnie wykorzystywanym, choćby w budownictwie na potrzeby ludzi i gospodarstw rolnych. Kojarzyła się przez to z dostatkiem i dobrobytem. Choć nietrwała i ulotna stanowiła namacalny symbol i dowód na trwałość powodzenia.
Od zawsze istniało przeświadczenie w ludzkich umysłach, podsycane praktyką święta, że należy pożegnać Marzannę, aby można było powitać wiosnę. Obrzędowość chrześcijańska z pewnością zmieniła radykalnie wymowę ceremonii. Marzannę traktuje się jak intruza i niechcianego gościa. Przedstawienie figuratywne jest zwykle szkaradne i żeby mieć pewność, że zima odejdzie definitywnie, najpierw kukłę pali się, a następnie topi w wodzie strumienia lub rzeki, by spłynęła jak kra z wodami do morza. A przecież dla plemion słowiańskich Marzanna nie była zwiastunem nieurodzaju i klęski. Zapowiadała okres odpoczynku. Czasu na regenerację. Na zebranie sił do nowego cyklu, który miał nadejść wraz z wiosną. Obrzęd miał raczej wymiar symbolicznego zniecierpliwienia, okazywanego z powodu kurczących się zapasów. Na przednówku zaczynało brakować zboża w komorach i nadejście wiosny było wybawieniem dla monotonii zimowej diety. Na polach jeszcze nie było nic co można by zjeść, za to las budził się i pojawiało się więcej zwierzyny, ruszała wegetacja wczesnych roślin. Dostępny był, tak ceniony przez ówczesnych, sok brzozowy, mający właściwości lecznicze i będący idealnym suplementem diety. Wszystko dzięki Marzannie. Dzięki temu, że dała odpocząć przyrodzie.
Marzanna z powodu swego wróżebnego, corocznego odejścia, zwiastującego nadejście ciepła, była uważana za boginię sprzyjającą ludziom i zapewniającą dobrobyt.

W niektórych rejonach już w czasach chrześcijańskich zaczęto odprawiać uroczystość Gaika. Święto ma pogańskie korzenie i było związane z wypędzaniem zimy. Obchodzono całą wioskę ze stroikiem, by zabrał zasiedziałe zło ze wszystkich kątów. Zwykle to dziewczęta korowodem dokonywały obejścia opłotków. Chłopcy czekali nad rzeką, by spalić straszydło i później wspólnie bawić się i cieszyć w niecierpliwym oczekiwaniu na nadejście wiosny.

czwartek, 22 września 2016

Przeciwności się przyciągają


Każdy związek może być jak sok marchwiowy. Jeśli nie będzie w nim chemii, straci zdatność do użycia po jednym dniu. O chemie w związkach łączących przeciwności nie trzeba się martwić. Wspomagana fizyką przetrwa wszystko. Przyciągające się przeciwności na każdej platformie są mocne, bo życiowe. Dajmy na to, sprawy wiary i walka dobra ze złem. Nie sposób wyeliminować jednej ze stron, żeby nie unicestwić drugiej. Choć czasem powstają sztuczne twory narzucone przez nieświadomość bądź nietakt. Tak się stało ze słowiańskim bóstwem o imieniu Białobóg. Czy był taki idol, trudno dziś dociec? Rzecz wzięła się od mnicha niemieckiego chrystianizującego Połabie i Pomorze. Białobóg i Czrnobóg zagościli w jego kronikach niejako przez pomyłkę. Tak się obecnie sądzi. Zakonnik, jako człek wykształcony i ciekawy świata uczestniczył w różnych uroczystościach odbywających się po wioskach i osadach. Czrnobóg okazał się brakującym elementem w układance. Wspomniany na ofiarnej biesiadzie Białobóg musiał dostać antagonistę, którego sprokurował mu zakonnik. Niemiec z pochodzenia. To może być dowód w jego obronie. Białobóg i Czrnobóg powstali prawdopodobnie w wyniku pomyłki. Zwykłego ludzkiego niedogadania się dwóch cudzoziemców. Białobóg i Czrnobóg są przykładem, że do tłumaczeń trzeba się przygotować niezwykle starannie. Panteon słowiański, jak każda mitologia pełen był bóstw i ich antagonistów, nie było w tym nic nadzwyczajnego, ale historia powstania tej pary ma dodatkowy smaczek. Warto ją przytaczać częściej, by zdać sobie sprawę z wielu rzeczy. Z istnienia dobra i zła. I z nierozerwalności tych idei. Brzmi banalnie? Jednak my chcemy doświadczać tylko dobra. Skąd byśmy wiedzieli, że dobro to dobro, gdyby nie Czrnobóg. Białobóg i Czrnobóg i ich historia uczy nie ufać ludzkim zmysłom. Jakże często okazują się niedoskonałe. Napisane na podstawie http://bogowieslowianscy.pl/

sobota, 11 czerwca 2016

Kei Raro Taniwha - bogowie słowiańscy


I
Kei Raro Taniwha

Dawno, dawno temu w Krakowie, w Królewskiej Rzece Wiśle, mieszkał sobie potwór o imieniu Kei Raro Taniwha, co oznacza tyle, co „podmorski potwór”. Nikt go jednak nigdy tak nie nazywał, nikt bowiem z ludzi nigdy go nie widział; on sam znał swoje imię, on i inni bogowie. Kei Raro nie był tak potężnym bogiem, jak Weles czy Swaróg, ale równać mógł się już z Vu-Vozo czy Vu-Kutišem, innymi wodnymi demonami. Ale co to za bóstwo, o którego istnieniu nikt nie wie?, zapytujecie. Był to jego własny wybór, który świadczył o jego słabości – pokochał rzekę, w której mieszkał, nie chciał wcale udawać się do świata wielkich i nieśmiertelnych. Głupi stary, który nie potrzebuje w życiu żadnych zmian; wygodnie żyje się właśnie tak, jak jest. Ale zmiany już się działy, właśnie tu i teraz. Kei Raro Taniwha mógł udawać, że nie słyszy rozmów żeglarzy i turystów, z których wynikało, że świat bardzo się zmienił od czasu, gdy ostatnio był na lądzie, a było to parę setek lat temu. Nie mógł natomiast nie zauważyć, jak bardzo zmienia się sama natura rzeki – wszechobecne zanieczyszczenia nie dawały mu spać, czasem wywoływały straszliwy kaszel, a nawet uszkodzenia skóry. Ale to przecież bóg, nie można go zabić, powiecie. Rzeczywiście tak jest, trzeba wam jednak wiedzieć, że im dłużej nieśmiertelny przebywa na ziemi pośród ludzi, tym bardziej zależny i czuły się staje – a to znaczy tyle, co słaby. Nie brakowało też takich, którzy ten fakt przeciw niemu wykorzystywali. Bóg deszczu i burz Kapua Ki szydził sobie z podmorskiego bóstwa, kiedy tylko miał ku temu okazję, to znaczy zawsze wtedy, gdy nad Kraków nadciągały chmury.
- Kei Raro, co z ciebie za potwór? – śmiał się, otwierając szeroko swą kłębową paszczę i wylewając na rzekę hektolitry brudnego deszczu. Czasem specjalnie wypuszczał błyskawice by dosięgały fal rzecznych i zadały więcej bólu bożkowi. – Jesteś bogiem, a chowasz się pod powierzchnią wody jak zwykły tchórz. Spróbuj mnie dosięgnąć! – krzyczał i znów zanosił się śmiechem, wiedząc dobrze, że ten nie może mu zrobić żadnej przykrości.
utopiec

Ludzie nie mogli dostrzec Kei Raro, bo tak działały jego czary. Zawsze, gdy w pobliżu rzeki lub na statkach pojawiali się obcy, bóg uaktywniał swój czar tak, że nawet gdyby rzeka była na tyle przejrzysta i płytka, by dało się ujrzeć jej dno, nikt by go nie dostrzegł. A nie bez powodu nazywał się potworem. Jego ciało było długie na kilkanaście metrów, pełne macek, srebrnych łusek, mułu wplątanego w kończyny i brodę; setka oczu, każde z nich stalowoszare, dostrzegało przez toń wodną o wiele więcej, niż oko śmiertelnika. Żywiąc się rybami, planktonem i piaskiem nie potrzebował zbyt wiele do życia. Jego rozrywką  było obserwowanie niemądrych ludzi, słuchanie ich opowieści, a także żarty, jakie robił rybakom. Lubił łapać za końce ich haczyków i ciągnąć je z całej siły tak, że mężczyźni przewracali się próbując zatrzymać wędkę, a co głupsi i uparci z pluskiem wpadali do wody. Właściwie nigdy prawie nie było czasu, by w okolicy rzeki nikt się nie kręcił, dlatego nie miał raczej okazji przedstawić się podwodnym stworzeniom w swojej pełnej krasie. Ale nie potrzebował tego. Nie chciał wzbudzać strachu, jedynie czasem robić ludziom dowcipy, a wiedział, że jest na tyle brzydki, że nikt nie chciałby się z nim zaprzyjaźnić. Vu-Kutiš jako jedyny z bogów przybywał czasem na ten odcinek Wisły, by porozmawiać z Taniwha o nowych pomysłach ludzi, wieściach, jakie zasłyszał od innych bogów i przynieść mu w darach nowe, piękne muszle, które bożek tak bardzo sobie upodobał, że wplatał je sobie w brodę jak biżuterię.  Kei Raro odwdzięczał mu się opowieściami o starych bogach, których już dawno nie ma, legendach o dzielnych morskich stworzeniach, jak żółwi król Anga, który wyprowadził swój lud na ląd i wprowadził w ich kulturę nowe prawa, które czyniły ich równymi sobie; w prezencie podarowywał dobremu bogu kości ryb i innych niewielkich morskich zwierząt, których Vu-Kutiš używał w swoich czarach, by utrzymać na wodzy wrogiego ludziom Vu-Vozo.
Był właśnie czerwiec, wczesne lato, kiedy Vu-Kutiš po prawie dwóch latach znów przybył do Krakowa. Nie pojawił się jednak u Kei Raro od razu, jak miał w zwyczaju; bożek dowiedział się od ławicy srebrzystych płotek, że widziały jego przyjaciela niedaleko od mostu, pod którym żył, w towarzystwie dziwnego człowieka. Zdziwiło go to zachowanie, był jednak cierpliwy. Postanowił, że nie będzie go szukał, bo Vu-Kutiš sam wie, gdzie go znaleźć – nie mając nic lepszego do roboty zapadł więc w głęboki sen. Bardzo krótko po tym jednak obudziło go pluskanie powierzchni wody. Znów lunął z nieba deszcz… I znów Kapua Ki zagrzmiał z nieboskłonu, a fale i grzmoty nie mogły zagłuszyć jego potężnego głosu.
- Kei Raro Taniwha! Ludzki niewolniku! Dałeś uwięzić się tu, jak zwykły pies łańcuchowy! Nie mogę cię szanować, nigdy nie będziesz mi równy! Pozostaniesz na dnie tej brudnej rzeki na zawsze i kiedyś z końcu zgnijesz tam na dnie i nawet ryby nie będą po tobie płakać. To hańba, że wciąż uznaje się ciebie za bożka! Jeszcze żaden z nas nie upadł nigdy tak nisko! – wykrzykiwał, tym razem wściekły.
Kei Raro wynurzył się nieco, chcąc dojrzeć, czy chmury przejdą już niedługo, czy powinien raczej skryć się pod mostem i przeczekać ten przykry czas. A wtedy zobaczył przez wodę moc niebieskiego światła, i nagle deszcz zamilkł. Niespokojne ławice na nowo ustawiły swe szyki i podążały znów w tylko sobie znanym celu. Upewniwszy się, że na powierzchni nie unosi się żadna łódź, bożek wychylił się ponad powierzchnię tak, by część jego oczu mogła dokładniej dostrzec, co się właśnie stało. Rzeczywiście, burza minęła, zupełnie jak gdyby ktoś zapędził wszystkie obłoki w małe stadko i przegonił je na oddalone, nieznane tereny. Słońce nieśmiało wychodziło zza małej białej chmurki, a ludzie nie zdążyli jeszcze zauważyć, że to koniec ulewy. I wtedy dostrzegł na brzegu człowieka w czerwonych łachmanach – był odwrócony do niego plecami i podtrzymując się na długiej, jesionowej lasce odchodził od rzeki. Obrócił się raz tylko i spojrzał prosto na bożka rybimi, zielonymi oczami. A zwykły człowiek nie mógł go przecież dostrzec. Nie zdążył jednak nawet za nim zawołać, bo starzec już zniknął, a z drugiej strony ktoś wykrzykiwał jego imię.
- Kei Raro! Kei Raro! Czyżbyś w końcu postawił się temu tyranowi? Nigdy bym nie pomyślał, że odważysz się stawić mu czoła! – przywitał się Vu-Kutiš, bo był to właśnie on.
- Niech ziemia będzie ci posłuszną, a woda, twoja przewodniczka, bystra i przejrzysta – odpowiedział bóg – Witaj, Vu-Kutiš. Niestety nie masz racji – to nie ja pozbyłem się tego nieudacznika. Wiesz przecież, że nie mam takich mocy.
- Kto zaś, jak nie ty? – spytał Vu-Kutiš, rozsiadając się na brzegu, ściągając buty i zanurzając wielkie, bose, siedmiopalcowe stopy w wodzie – Bo i ja tego nie uczyniłem.
- O tobie wszak najpierw pomyślałem – słyszałem od moich przyjaciół, żeś zawitał do miasta.
- Prawda to, jestem tu od paru dni. Miałem na głowie parę spraw. Wybacz, że dopiero dziś zawitałem u ciebie, ale tak wiele problemów mam na głowie. Szukam kogoś, kto może mi pomóc z Vu-Vozo. Ostatnio zupełnie wymyka się spod kontroli mimo moich kościanych obrzędów. Wpierw wymyśliłem, że ich moc jest zbyt słaba, ale nie – były takie jak zawsze… co oznacza, że…
- Że to Vu-Vozo wzrasta w siłę.
- Zgadza się.
- Kogo więc szukasz, kto może ci pomóc? Któreś z wyższych bóstw? Dlaczego szukasz ich tutaj?
- Możesz zgadywać, drogi bracie. Któż spośród nas, morskich bogów, stoi najwyżej i jego słowo jest najpotężniejszym? – spytał przybysz.
- Wodnik – wyszeptał Kei Raro i zamyślił się – Sądzę, że i ja już go spotkałem. Dopiero co. To on przepędził chmury.
Vu-Kutiš, który już wcześniej widział się z Wodnikiem, pokiwał poważnie głową, a potem znów nałożył obuwie, pozdrowił Kei Raro i ruszył szukać znów wielkiego bóstwa. Wcześniej starzec przechytrzył go, znikając gdzieś nagle w środku rozmowy. Ale teraz Kei Raro był już pewny, że to sam Wodnik pospieszył mu z pomocą – według podań pojawiał się na ziemi pod postacią starca w czerwonych szatach i zostawiał za sobą niewielkie kałuże, wszędzie tam, gdzie postawił krok.
Kei Raro spłynął znów na dno i zaczął rozmyślać o tym, co wie na temat Wodnika. Słyszał o nim jakieś legendy, ale nie mógł przypomnieć sobie żadnych więcej konkretnych informacji. Ale oto powrócił Vu-Kutiš i znów wywoływał jego imię, tym razem jednak po prostu dał nurka w wodę i przysiadł na mieliźnie obok przyjaciela.
- Zdążył ujść. Nie chce mnie wysłuchać. A ja przecież nie robię tego dla siebie. Robię to dla ludzi, nic więcej, bo takie wyznaczono mi zadanie – wyrzekł, a z jego uszu i nosa wypłynęło mnóstwo bajecznych bąbelków, które kręcąc się w spiralach wypłynęły na powierzchnię i po kolei popękały.
- Co o nim wiesz, Vu-Kutišie? Jakże on może tobie pomóc? – spytał Kei Raro.
- Niewiele wiesz, bracie. Wodnik to pradawna istota, kto wie, może prawie tak stara jak sam Swaróg. Nie jest dobry ani zły – zna swą potęgę i potrafi jej użyć, tak w dobrym, jak i w mrocznym celu. Jego natury nie da się zmierzyć. Najbardziej niesamowite jest to, że w czasach, kiedy nikt już w nas nie wierzy…
- …o moim istnieniu nie wie nawet żaden śmiertelnik – przerwał Kei Raro.
-… nie przerywaj mi, przyjacielu… w czasach, kiedy nikt w nas już nie wierzy on wciąż posiada tak niesamowitą moc. Sam miałeś okazję się przekonać, kiedy z taką łatwością przegnał Kapuę Ki. Niegdyś ludzie składali mu wielkie ofiary – jako najważniejsze bóstwo morskie miał być odpowiedzialny za podróże statkami, połowy ryb, opady deszczu, sztormy… on jeden władał tym wszystkim, a było to na długo przed nami. Kapryśną była jednak jego natura – gdy nieopatrznie człowiek dodał do złożonej ofiary rybę, jedno z jego ukochanych stworzeń, wściekał się ogromnie. Mógł zesłać powódź i zalać całą wieś, taka była jego potęga. Ale mógł też skierować kilka ławic prosto w sieci rybackie. Jak wiesz, nic nie jest tylko czarne albo tylko białe. Zawsze lubił jednak przebywać pośród ludzi. Przybierając postać starca w czerwonych szatach pojawiał się przy mostach, na plażach, przy wodospadach i gejzerach. To były jego tereny i kto nie poznawszy z kim ma do czynienia wszedł mu w drogę, och! marny był jego los! Ludzie jednak szybko zaczęli rościć sobie prawa do wszystkiego, zapominając o bogach i zostawiając wszystko w swoich własnych rękach. Nie chcieli być dłużej od nikogo zależni, więc nasze kulty wygasły, ostatni czciciele powymierali, a z nimi część naszych mocy. Wodnik także usunął się w cień. Raz do roku jedynie zmienia miejsce swego pobytu – kiedy osiedli się w jakiejś rzece, stawie, jeziorze czy nawet morzu lub oceanie, przesypia tam wszystkie cztery pory roku, wychodząc dopiero na wiosnę. W Noc Kupały wychodzi w końcu na ląd i przez dwa tygodnie wędruje pośród ludzi. Bo to niezwykła noc, kiedy ludzie są szczęśliwi, bawią się i radują, zaczyna się coś nowego. Ich radość, tańce i śpiewy, to one tak naprawdę wybudzają Wodnika. Więc żyje przez czternaście dni wśród nich jak swoich, a nikt nie wie nigdy, gdzie pojawi się kolejnego roku. I tak się składa, mój drogi, że ten rok spędził w twojej rzece, w niewielkim oddaleniu od twej siedziby. Ruszyłem w drogę kiedy tylko się dowiedziałem.
- Wodnik w mojej rzece? – zadziwił się Kei Raro – Przez tak długi czas był tuż obok, a ja o tym nie wiedziałem?
- Od lat powtarzam, że powinieneś wyruszyć ze mną w podróż. Gdybyś badał chociaż stan swojej własnej rzeki wiedziałbyś, że w pobliżu czai się coś tak wielkiego. Ale, ale. Przybyłem tu, by prosić cię o pomoc. Muszę znaleźć Wodnika. To twoje tereny, nawet jeśli od lat nie ruszałeś się z miejsca, znasz ten obszar. Pomóż mi go odnaleźć, a ja odwdzięczę ci się na równi. Pokaż, żeś mym bratem!
- Dobrze, zrobię to. Masz rację, czas rozprostować stare kości! A o mej zapłacie porozmawiamy po zakończeniu sprawy.
potwór wodny

Kei Raro przybrał, podobnie jak Vu-Kutiš, humanoidalną postać i nareszcie wyszedł na ląd. Najpierw przeszukali wszystkie brzegi rzeki. Po starcu nie było ani śladu, tak też w zalewie na południowym-zachodzie miasta; sprawdzili wszystkie mosty i bulwary, i wciąż nic. Zajęło im to trzy dni, a kolejnych cztery przeszukanie głębin samej rzeki. W międzyczasie słyszeli od rybaków opowieści o dziwnych wydarzeniach w mieście – kilka utonięć, brak wody w studniach, poprzewracane do góry dnem jachty… I tylko oni zdawali sobie sprawę z tego, czyja to wszystko sprawka. Siódmego dnia na jednej z plaż Kei Raro znalazł przepiękną muszelkę. Nie mogła pochodzić z tej rzeki, wiedział, że tu nie można takich znaleźć. I nagle przyszło mu coś do głowy.
- Vu-Kutiš, czy przywiozłeś mi z dalekich lądów moje ukochane muszle? – zapytał, gdy wycieńczeni wyszli na ląd.
- Och, tak! Oczywiście. Zapomniałem na śmierć. Zobacz, są tutaj… - i wyciągnął z kieszeni skórzany worek pełen muszelek.
- Widzisz, mam pewien pomysł. Wodnik jest potężnym bóstwem, miał wielu czcicieli. Został porzucony i z pewnością ma to wciąż ludziom za złe, dlatego powoduje właśnie im te przykrości, kiedy wychodzi na ląd. Nikt nie ma nad nim władzy. Może jednak da się go udobruchać…
- Chcesz go przekupić? Zaczekaj, czy ty chcesz abyśmy to MY złożyli mu dary?
- Zgadza się.
- My, bogowie słowiańscy? Jesteśmy sobie równi! Jesteśmy wielcy, jesteśmy ponad ludźmi i zwierzętami, mamy władzę! Może i Wodnik jest potężniejszy od nas dwóch razem wziętych -  ale to wcale nie czyni go nikim lepszym.
- To jedyne rozwiązanie. Nie musisz się mu kłaniać. Po prostu okażmy mu szacunek, dobrze?
- Jeżeli to jedyne wyjście… Dobrze. Zróbmy to.
W miejscu gdzie ostatnio Kei Raro widział starca, przygotowali ofiarę. On sam złożył tam zbiory swoich kości, kilka skarbów znalezionych na dnie rzeki i owoce; Vu-Kutiš zaś muszle, które miały być prezentem dla Kei Raro, do tego skórę niedźwiedzia i piękny, haftowany materiał.
- Niech ogień pochłonie ofiarę dla Wodnika, pana wszelkich wód. Spojrzyj, o mistrzu, na nas malutkich i przyjmij nasze dary. Wzywamy cię! - Vu-Kutiš wypowiedział słowa inkantacji i podpalił stosik leżący pod ich nogami.
Zamknęli oczy pochylając głowy i nasłuchiwali. I oto usłyszeli kroki – ciężkie kroki na przemian z postukiwaniem laski wyraźnie chlupiące w kałużach.
- Nie zapomniano o mnie – wyrzekł, a bogowie podnieśli głowy.
Oczy starca nie były zwykłymi oczami. Były to oczy ryby, bez białek, o morsko zielonym kolorze, oślizgłe i mokre, z czterema parami powiek. Poza tym podobny był do człowieka – gdyby nie te oczy i błony między palcami, można by dostrzec w nim cień istoty ludzkiej. Stał tam w swoim zwykłym stroju, podpierając się na jesionowej lasce.
- Dziękuję wam za dary. Nie pomyślałbym, że ktoś z was, nieśmiertelnych, zniży się do poziomu człowieka i złoży mi ofiarę. Doceniam to jednak. Spełnię waszą prośbę. Czego poszukujesz, Vu-Kutiš, duchu wodny? – starzec dwa razy stuknął laską o ziemię, a płonący stos zniknął. Pozostała jedynie miła dla nozdrzy woń, woń ogniska i suszonych kwiatów.
- Witaj Wodniku, praprzodku wszelkich bogów wodnych. Poszukiwałem cię, bo tylko ty możesz mi pomóc. Inny demon wodny, Vu-Vozo… sprawowałem nad nim pieczę. On jednak wzrósł w siły i nie radzę sobie. Proszę cię, abyś pomógł mi znowu go uwięzić.
- Zrobię, co w mojej mocy. Wracaj do swego kraju, przybędę tam zaraz za tobą – odrzekł Wodnik.
- Dziękuję ci, wszak rzeczywiście jesteś wielkim bogiem. Kei Raro, porozmawiamy o twej nagrodzie, gdy już uporamy się z Vu-Vozo. Tymczasem bywaj. I… - wyciągnął z włosów wielką spinkę – na początek weź to. Ta spinka to muszla z samej rzeki Nieśmiertelnych. Noś ją przy sobie, a przyniesie ci szczęście i doda mocy. Bądź zdrów.
- Bądź zdrów, Vu-Kutišie. Dziękuję, że wyciągnąłeś mnie z tego dna. – odpowiedział bożek, a Vu-Kutiš kiwnął jeszcze głową, po czym wskoczył do rzeki na główkę, wirując coraz szybciej i zniknął. Zapadła cisza, pośród której Kei Raro wyczuwał na sobie wzrok starca.
- Już dawno chciałem przenieść się w tę okolicę. – wyrzekł Wodnik – Nie wiesz o tym, ale przez cały ten rok obserwowałem cię. Wiem, że masz dobre serce. I choć o nic mnie nie prosiłeś, zrobię coś także dla ciebie – nie będziesz się więcej musiał martwić o Kapuę Ki. Mój gniew utrzyma na wodzy jego wrodzoną butność i agresję. Jak tylko pojawi się nad miastem wyrzeknij słowa – „Odejdź, pochmurny demonie, rozkazuję ci w imieniu Wodnika, któremu przysięgałeś posłuszeństwo, odejdź i nie nękaj mnie więcej”.
- Co, jeśli to nie pomoże?
- Wtedy możesz dodać, że twój wuj nie lubi nieposłuszeństwa.
- Mój wuj?
- Twój ojciec, Utopiec, był mi bratem. Nie zgadzaliśmy się w wielu kwestiach, ale… widzę, że na szczęście nie odziedziczyłeś jego dzikiej natury. Mały jest ten świat, nie zapominaj. – starzec podrapał się po brodzie i spojrzał uważnie na Kei Raro - Czy wiesz dlaczego bogowie wymierają? To nie tylko ludzka żądza władzy… każdy z ludzi nosi w sobie boga, bo tak chciał Najwyższy. Jego wolą było przekazanie im berła. Chciał sprawdzić, czy są warci miana naszych dzieci. A co z tego wyszło… nie nam dane jest oceniać.
Bywaj więc, Kei Raro Taniwha. Cieszę się, że się spotkałem. Zanim zniknę, by odnaleźć nowe miejsce dla siebie i zapaść w sen, przybądź jeszcze do Vu-Kutiša. Wyjaśnię ci więcej, kiedy się zobaczymy.
- Ja… tak. Już dawno nie podróżowałem. Czuję w sobie jeszcze dość energii, by coś zmienić. To w naszych rękach jest los ludzi, Vu-Kutiš ma rację. Czas ruszyć w drogę.
- Bywaj więc, przyjacielu. Do zobaczenia za tydzień. Vu-Vazo będzie już w tym czasie pod kontrolą, nie musisz się martwić – starzec po raz pierwszy się uśmiechnął. – Przybądź. Potrzebujemy cię.
- Przybędę – odrzekł Kei Raro, wpatrując się w toń rzeki, która tak długo była dla niego domem i czując, że oto nadszedł czas zmian, zmian tak nieuchronnych, że pozostaje jedynie pogodzić się z nimi i stanąć po odpowiedniej stronie.
- Obiecuję.

Praca konkursowa dla http://blog.slowianskibestiariusz.pl

wtorek, 5 kwietnia 2016

Perun - gromowładny


Perun, prototyp i dobry przykład
W każdej strukturze musi być szef. Bez tego cała organizacja w końcu się rozpadnie. Wszystkie mitologie przedchrześcijańskie ewoluowały z porządku rodowego. W większości na początku był chaos lub pustka. Pojawiał się bóg kreator, który dawał początek wszystkiemu. Powoływał nowych bogów albo brał sobie kobietę i z nią miał potomstwo. Z ich dzieci wyrastały następne pokolenia. Panteon bogów rozrastał się o następne i następne pokolenia.
Zanim w Europie zapanował krzyż i kult boga człowieka cała połać kontynentu we władaniu mieli starzy bogowie. Pradawne wierzenia ewoluowały przez setki pokoleń. Przez exodus afrykański; prapoczątki indoeuropejskie i rewolucje neolityczną, wierzenia ludzi zmieniały się i adaptowały w zależności od kultury. Jedni preferowali koczownictwo i hodowlę przepędzanych z miejsca na miejsce stad; drudzy parali się wikiństwem, wojowniczo przemierzając ziemię; byli też mniej ruchliwi, którzy osiadłszy w miejscu, uprawiali rolę z zaangażowaniem i znawstwem. Każda ze społeczności potrzebowała dla swych poczynań patrona. I w końcu go znajdowała.
Najpierwszym z najznamienitszych w świecie Słowian stał się bóg nad bogi. Dostał imię Perun. Bóg dumny wszechmocny. Protoplasta słowiańskiej dynastii Magna Deus. Od niego wszystko się zaczęło. Wyrosły z prostych animistycznych wierzeń, personifikujących siły natury w postaci dumnego męża i wojownika, stał się odniesieniem dla tysięcy istnień ludzkich w potrzebie. Był też narzędziem politycznym dla władzy i związanej z nią kasty szamanów. Religia przez epoki splatała się z elitami sprawującymi władzę. Perun wyrósł na frontmana, dzierżąc prym wśród elity, którą, jak mówią legendy, sam stworzył.
Pomijając okres przejściowy i reakcję odrzucenia, gdy chrześcijaństwo wtargnęło w życie prostych ludzi, stare bóstwa mocno zakorzeniły się w tradycji i ludzkiej pamięci. Wiele bóstw zmieniło się w demony. Dziś, z okruchów informacji składany jest w całość panteon czczonych przez tysiąclecia bóstw.
Perunowi oddawała cześć znaczna część słowiańszczyzny. Znany był pod różnymi nazwami. Imię Peruna wywodzi się ze starego rdzenia; słowa funkcjonującego w językach słowiańskich oznaczającego bić lub uderzać. Innym śladem jest nazwa, choćby łacińska, dębu. Quercus – dąb, tudzież pereginia – dąbrowa. Kolejnym potwierdzeniem atrybutów, jakie posiadał Perun, jest obecnie używane słowo piorun, odnoszące się do umiejętności idola. Perun ciskając gromy, zsyłał na ludzi błogosławieństwa i nie bali się bynajmniej paść od uderzenia pioruna. Wprost przeciwnie. Uważali to za wyróżnienie. Warto było posiadać też rzecz spaloną przez grom, a popiół stosowano jako panaceum, przeczuwając jego cudowne właściwości. Szczególnie poszukiwane były tzw. strzałki boże. Stopiony w piecu wyładowania elektrycznego piasek tworzył długie i smukłe konkrecje w kolorze piaskowego beżu, które stanowiły amulety chroniące przed wszelkimi przeciwnościami losu. Perun był bóstwem uniwersalny i dał początek wielu późniejszym wcieleniom.

Perun znany jako gromowładny bóg słowiański. Teoria mówi, że imię Perun wywodzi się z nazwy gromu (pierun) co znaczy tyle samo co "bić, uderzać". Przez plemiona bałtów zwany również Perkunem. Na wszystkich terenach słowiańszczyzny był on bogiem naczelnym, mającym pod sobą pozostałe bóstwa i toczącym walki z innymi, negatywnymi bogami.
Atrybutem Peruna był piorun, a jako święte drzewo gromowładcy czczono dąb, o czym świadczy nazwa lasu dębowego - przeginia. Z bogiem tym wiąże się również wiele motywów skały, młoda, topora i konia - co widać na posągu ze Zbrucza. Jak wcześniej wspomnieliśmy, w mitologii słowiańskiej widniały również wzmianki o utrzymywaniu przez Peruna równowagi na świecie poprzez jego walkę z uosobnieniem sił chaosu Żmijem. Partnerką tego boga była Perperuna, symbol płodności i patronka pogody.
Jako że Perun był władcą piorunów, obiektom uderzonym przez piorun nadawano magiczne właściwości. Kamienie trafione piorunem zyskiwały możliwość leczenia i ochrony przed złem, a drzewa rażone gromem mogły stać się siedliskiem zła.
Źródło: http://bogowieslowianscy.pl/